Warning: Parameter 1 to wp_default_styles() expected to be a reference, value given in /home/esyska/public_html/wp-includes/plugin.php on line 571

Warning: Parameter 1 to wp_default_scripts() expected to be a reference, value given in /home/esyska/public_html/wp-includes/plugin.php on line 571

Follow me

menu
Warning: Illegal string offset 'output_key' in /home/esyska/public_html/wp-includes/nav-menu.php on line 604

Warning: Illegal string offset 'output_key' in /home/esyska/public_html/wp-includes/nav-menu.php on line 604

Warning: Illegal string offset 'output_key' in /home/esyska/public_html/wp-includes/nav-menu.php on line 604
JUSTYNA STOSZEK I ŻYWE RZEŹBY
Kwiecień 30, 2018|WYSTAWA

JUSTYNA STOSZEK I ŻYWE RZEŹBY

Z Justyną Stoszek spotykam się po raz drugi, tym razem z okazji wystawy Kres ziemskiej wędrówki w Art Gallery Stanska w Warszawie. Przewrotny tytuł wystawy może sugerować koniec niezwykłej przygody leśnej Justyny,  ale nic bardziej mylnego. Artystka przyznaje, że nie żegna się z kaspułami leśnymi, teraz nastał czas na zmianę kierunku pracy twórczej. W jej głowie pojawiło się mnóstwo ciekawych pomysłów związanych z malarstwem. Na wystawie Kres ziemskiej  wędrówki mogliśmy podziwiać nie tylko żywe rzeźby, ale i obrazy, rysunki artystki, a także fotografie autorstwa Łukasza Smudzińskiego, dokumentujące podróże kapsuł w przestrzeni miejskiej i nie tylko.

no coments
BAL MANEKINÓW
Kwiecień 28, 2018|TEATR

BAL MANEKINÓW

Bal manekinów w reż. Jerzego Stuhra to sentymentalna podróż do dawnych czasów tego znakomitego aktora. W latach 80-tych Jerzy Stuhr grał  we Włoszech w Balu manekinów, a jego młodziutki wówczas syn Maciej przyglądał się z boku temu spektaklowi. Historia zatoczyła koło i teraz Maciej Stuhr gra manekina w sztuce Bruna Jasińskiego. O wyzwaniach w pracy nad spektaklem opowiadają jego twórcy- Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr. Sztuka wystawiana jest na scenie Och -Teatru.

 

 

mat. prasowy Och Teatru

mat. prasowy Och Teatru

no coments
Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Kwiecień 15, 2018|KSIĄŻKA

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

Mistrzynią wywiadu jest dla niej Teresa Torańska. Lubi rozmawiać i to właśnie z tego powodu powstało Zwykłe życie – kwartalnik o rzemieślnikach, ludziach, ciekawych i niszowych inicjatywach. Umiejętność słuchania sprawia, że rozmówcy odkrywają przed nią swoje największe tajemnice, tak też powstała jej pierwsza książka Jak oni pracują – zbiór 64 wywiadów z ludźmi ze świata sztuki i kultury. Tym razem Agata Napiórska opowiada nam o swojej najnowszej książce – Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia.

ilustr. Joanna Suwart-Olszewska

ilustr. Joanna Suwart-Olszewska

Kiedy spotkałaś Józefa Wilkonia?

Pierwszy raz poznałam Józefa Wilkonia w dzieciństwie za sprawą jego ilustracji w gazetach i książkach. Osobiście spotkałam go podczas pracy nad swoją książką „Jak oni pracują”. Spędziłam u niego wtedy jakieś 5 godzin, i  po tej długiej rozmowie czułam olbrzymi niedosyt. Miałam świadomość, że pan Józef jest wyjątkową osobą i dlatego pomyślałam, że nie spocznę póki nie uda mi się z nim przeprowadzić długiej rozmowy, która mogłaby być wyjątkowym materiałem na książkę. Zdziwiło mnie, iż do tej pory nikt nie odważył się na taką książkę.

I pan Józef zgodził się tak po prostu?

To nie było takie proste niestety. Zapytałam pana Józefa, czy byłby zainteresowany takim wywiadem rzeką, jednak on nie zgodził się od razu.

Więc co go przekonało?

Trudno powiedzieć. Rozmawiałam z jego agentką na temat książki i ona wspominała, że pojawiały się liczne propozycje biografii, rozmów jednak Wilkoń nigdy nie wyraził zgody, nie chciał. Być może to ze skromności.  A może nie potrafił nikomu zaufać? Nie wiem, może sprawił to przypadek? Pan Józef bardzo miło wspominał nasza rozmowę, którą przeprowadziłam do książki „Jak oni pracują”. Był zadowolony z finalnego tekstu. Za namową agentki postanowiłam, że nie poddam się i że pojadę do niego do Zalesia Dolnego i przekonam go do mojego pomysłu. I pojechałam. Podczas tego spotkania nakreśliliśmy konspekt naszych rozmów. Wiedzieliśmy oboje, że na pewno trzonem książki będzie jego twórczość, chcieliśmy także opowiedzieć o życiu, rodzinie, dzieciństwie, o trudnych czasach okupacji,  a także o licznych podróżach zagranicznych.

fot. Agnieszka Obarska

fot. Agnieszka Obarska

Przystępując do rozmowy zapewne robiłaś sobie research, co udało Ci się odkryć o Józefie Wilkoniu podczas tych licznych spotkań?

To prawda, że moja wiedza na początku była minimalna. Dosłownie wiedziałam tyle ile przeczytałam o nim w wywiadach – a przyznam, że nie było tego dużo. Podczas naszej pierwszej rozmowy przy książce „ Jak oni pracują” udało mi się troszkę poznać Pana Józefa.

Moją uwagę zwrócił jego sposób opowiadania. Często zaczynał historie od słów – przypadkiem zostałem rzeźbiarzem, przypadkowo spotkałem kolegę we Francji, przypadkiem udało mi się uniknąć śmierci itd. I to zaważyło o całej strukturze książki. Pomyślałam wtedy, że poszczególne jej rozdziały będą przypadkami z życia Józefa Wilkonia, co ważne, szczęśliwymi przypadkami, bo jak często podkreślał był w czepku urodzony.

Myślę, że  Józef Wilkoń jest osobą o olbrzymiej skromności, odniosłam wrażenie, że ma bardzo duży dystans do siebie i swojej twórczości. To niesamowite, jest najbardziej znanym polskim artystą plastykiem, rzeźbiarzem, ilustratorem, 400 jego prac znajduje się w muzeach w Japonii, ponadto we Francji, we Włoszech miasteczko Sarmede wymalowane jest  jego freskami i mimo swoich ogromnych osiągnięć nie uważa się za kogoś wyjątkowego.

A jak wyglądały Wasze spotaknia?

Spotykaliśmy się w samo południe, jedliśmy wspólne śniadanie i rozmawialiśmy. Pewnego dnia zapytałam go nad czym pracuje, a on, ze spokojem wyznał, że maluje tabun koni, tak dla siebie. Pomyślałam – ile on ma w sobie cierpliwości, determinacji i chęci tworzenia! Ma 88 lat i nie przestaje pracować, takich ludzi jest coraz mniej.

fot. Agnieszka Obarska

fot. Agnieszka Obarska

Usłyszałaś wiele historii, bo jak piszesz ok. 100 godzin wspólne przegadaliście, jak te opowieści i kontakt z Panem Józefem wpłynęły na Ciebie?

Szczerze przyznam, że jestem zafascynowana Józefem Wilkoniem, jego spójnością jako artysty i zwykłego człowieka cieszącego się najdrobniejszymi rzeczami. W książce zostawiłam didaskalia, za sprawą których chciałam oddać atmosferę owej chwili w której znajdowaliśmy się. Jego szczery zachwyt kwiatami, pierogami, czy piękną sikorką, urzekł mnie do reszty. Pan Józef dla mnie jest nie tylko mistrzem ilustracji, rzeźby czy scenografii, jest przede wszystkim mistrzem życia. Na zawsze zapamiętam te spotkania w kuchni, gdy siedzieliśmy przy stole, kiedy to odwiedzali go znajomi artyści czy sąsiedzi. Byłam świadkiem i zarazem uczestnikiem jego normalnego życia pełnego spotkań, ale i zadumy, wspomnień i pracy artystycznej.

Twoja książka to wywiad rzeka, jak piszesz pełna meandrów i odpływów.

Tak, bo chociaż planowałam o czym będziemy rozmawiać, to często pojawiały liczne dygresje, czy inne tematy, które pochłaniały pana Józefa bez reszty.

Na przykład?

Las i przyroda, to jedne z ważniejszych tematów.

fot. Agnieszka Obarska

fot. Agnieszka Obarska

W zasadzie można pokusić się o stwierdzenie, że większość ilustracji przedstawia właściwie naturę, przyrodę.

To prawda, Wilkoń kocha las od dzieciństwa. Zawsze czuł się w nim jak w domu. Do pierwszego lasu zabrał go ojciec i to on zaszczepił w nim miłość do przyrody. Pan Józef często obserwował rośliny i zwierzęta, a potem przekuwał to w obrazy, ilustracje czy rzeźby.

Muszę zapytać Cię jakie wrażenie zrobiła na Tobie  przestrzeń  mieszkalna zaprojektowana przez Józefa Wilkonia? Mnóstwo rzeźb, roślin, taki zaczarowany ogród, w którym czas biegnie swoim rytmem?

Byłam bardzo podekscytowana,  nie spotyka się codziennie takich domów i ogrodów. Od wejścia wita gości dzik, w tle widać szopę pełną wystających głów zwierząt, np. mamuta, żyrafy czy małp. Wejścia do letniej pracowni strzeże nietoperz.

Jak długo powstawała książka?

Książka powstawała ponad rok. Oprócz tekstu ważnym elementem był wybór odpowiednich ilustracji i zdjęć. Razem z Hanią Grudzińską, wydawniczą z Marginesów,  jeździłyśmy do  Zalesia Dolnego, przeszukiwałyśmy archiwa mistrza. To był bardzo intensywny czas, bo prac pana Józefa jest naprawdę bardzo dużo.

A w jaki sposób dokonywaliście selekcji archiwum?

Od początku wiedziałam, że ilustracje i zdjęcia będą tworzyły własną historię. Zgodnie z założeniem picture book’a chciałam, by obrazy nie były tylko uzupełnieniem historii. Udało nam się odszukać wiele archiwalnych fotografii o których nie pamiętał nawet sam mistrz.  W książce znalazły się też okładki  japońskich wydań książek, Świerszczyków i Misiów, jego spotkań autorskich, czy dawnych kolegów.

fot. Agnieszka Obarska

fot. Agnieszka Obarska

A czego nauczyłaś się od pana Józefa?

Na pewno tego, że jeśli cokolwiek się robi, to trzeba robić to dobrze. Nie warto iść na skróty, bo  np. nagli termin, trzeba uczciwie wykonywać swoją pracę.  Nauczyłam się cierpliwości i pokory. Utwierdziłam się też w tym, że dziennikarz musi poświecić dużo czasu na rozmowę aby była ona rzetelna, dobra i interesująca.

A czy Wasza znajomość ewoluowała? Wyobrażam sobie, że po tylu wspólnie spędzonych godzinach jesteście teraz dobrymi znajomymi.

Wilkoń zaproponował mi abym zwracała się do niego per Ty – ja jednak nie mogłam się przemóc i nadal mówię „Panie Józefie”. Po tylu spotkaniach jest mi bliska osobą. Często mam ochotę zadzwonić do niego i zwyczajnie zapytać co  słychać.

I robisz tak?

Tak. Jesteśmy cały czas w kontakcie. Również przez wzgląd na to, że jest to czas promocji książki, ale też odwiedziłam go np. w imieniny. Przyjechało do niego wielu znajomych, siedzieliśmy w kuchni przy stole, jedliśmy m.in. wyborne pierogi pani Haliny, śledzie, sałatkę jarzynową, piliśmy wino i rozmawialiśmy.

A dla Pana Józefa Wilkonia co teraz jest najważniejsze?

Powiedział mi, że teraz pracuje mu się najlepiej. Pracy twórczej poświęca wszystkie wolne chwile. Ma mnóstwo planów, ciągle otrzymuje zlecenia,  jego telefon nie przestaje dzwonić

A czy ukaże się obcojęzyczna wersja książki?

Chciałabym, żeby powstała wersja japońska, ze względu na jego liczną rzeszę fanów w Japonii.

Myślisz, że to przypadek, że dopiero teraz powstała książka i że to Ty jesteś jej autorką?

Chyba musiałam dojrzeć do takiej rozmowy i spotkania.

A teraz nad czym pracujesz?

Pracuję nad drugim tomem książki „Jak oni pracują”, a także nad biografią Ha-Gi – Anny Gosławskiej – Lipińskiej, wieloletniej ilustraorki Szpilek.

Czyli znów ilustracje ?

Tak, lubię ilustracje.

fot. Agnieszka Obarska

fot. Agnieszka Obarska

 

no coments
Michał Walczak i jego teatralne wizje
Marzec 28, 2018|TEATR

Michał Walczak i jego teatralne wizje

W teatrze zawsze mamy widownię, która jest bardzo otwarta i świadoma tego po co przychodzi na nasze spektakle. Zaryzykowaliśmy z telewizją bo chcieliśmy trafić do widza masowego, przypadkowego i doświadczyliśmy tego, jak łatwo utracić kontrolę nad przekazem, zgubić kontakt z odbiorcą w medium, które lubi szybki komercyjny przekaz i wygładzony język. Tak o swoim debiucie na szklanym ekranie opowiada Michał Walczak – jeden z najzdolniejszych dramatopisarzy młodego pokolenia.

Co Pana uwiera we współczesnej Polsce?

Narastające problemy w komunikacji, życie w osobnych bańkach informacyjnych, plemienne napięcia, które osłabiają ciekawość i otwartość na świat. Wyobrażenia o tym, kim chcemy być rozjeżdżają się z tym, kim jesteśmy naprawdę, zwłaszcza gdy mówimy o historii i patriotyzmie. Coraz trudniej się zdystansować i odetchnąć od politycznych manipulacji, zwłaszcza gdy się prowadzi trupę teatralną taką jak „Pożar w burdelu”.

To znaczy?

W lutym pracowaliśmy równolegle nad dwoma projektami: musicalem spirytystycznym „Duchy” i telewizyjnym show „Fabryka Patriotów”. „Duchy” miały być odskokiem od doraźności w demony międzywojnia, a „Fabryka Patriotów” tworzona dla TVN – zanurzeniem w doraźność, w której władza buduje machiny narracyjne, by modelować przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Polaków. Po emisji w TVN oberwaliśmy za słabą realizację telewizyjną, która faktycznie była przygotowania w pośpiechu i za obrażanie polskości, której dzielnie bronią hejterzy w sieci. Niesamowite, jak obniżyła się tolerancja na humor, a rozrosła tyrania powagi i urojonego, wyidealizowanego obrazu Polski. Tym bardziej żałuję, że nie udało się „Fabryki patriotów” przygotować bardziej profesjonalnie i precyzyjniej – na pewno do „Fabryki” wrócimy i rozwiniemy tę ideę. Z drugiej strony „Pożar w burdelu” powstał by odsłaniać kulisy rzeczywistości i obnażać dwulicowość natury ludzkiej w Polsce, która co chwilę śni sen o potędze, spalając się w wysiłku dorównania do nieosiągalnego, idealnego wizerunku. W tym sensie „Fabryka Patriotów” i „Duchy” mówią o tym samym – demony nacjonalizmu nienawidzą śmiechu.

ilustr. Joanna Suwart-Olszewska

ilustr. Joanna Suwart-Olszewska

 „Pożar w burdelu” powstał  z miłości do Polski czy w trosce o Polskę?

„Pożar w burdelu” powstał nie tyle z miłości do Ojczyzny co z potrzeby poszukiwania przestrzeni wolności i ludzi, którzy nie boją się wolności szukać – często kosztem świętego spokoju. Naszą przygodę zaczęliśmy od Warszawy, ale stopniowo otwieraliśmy się na całą Polskę. Działaliśmy lokalnie ale przez sytuację polityczną na świecie i w Polsce nasze przedstawienia stały się bardziej uniwersalne, polityczne i dosadne, odzwierciedlając utratę bezpieczeństwa i niemożliwość schowania się w mikrokosmosie miasta czy dzielnicy. Jeśli odpuścimy ciekawość światem i zaangażowanie, ktoś inny przejmie opowieść i będzie kontrolować wyobraźnię naszą i naszych dzieci, dekretując tematy tabu i narzucając swoje prawa. Badanie granic tej wolności wewnętrznej jest dla mnie bardzo inspirujące i ciekawe.

I widownia się nie obraża?

W teatrze zawsze mamy widownię, która jest bardzo otwarta i świadoma tego po co przychodzi na nasze spektakle. Zaryzykowaliśmy z telewizją bo chcieliśmy trafić do widza masowego, przypadkowego i doświadczyliśmy tego, jak łatwo utracić kontrolę nad przekazem, zgubić kontakt z odbiorcą w medium, które lubi szybki komercyjny przekaz i wygładzony język. Znalezienie własnego języka filmowego i telewizyjnego to wyzwanie, nieuniknione, jeśli chcemy wyjść z niszy teatralnej i nie zadowalać się wyłącznie parodiowaniem cudzych narracji.

Chcieliście zaprosić do rozmowy masowego widza czy może  bardziej nim wstrząsnąć?

Cieszę się, że TVN wyemitował „Fabrykę Patriotów”, bo dla całej grupy to impuls rozwojowy, bardzo różny od doświadczenia teatralnego. Przełożenie na kamerę szaleństwa i dezynwoltury wyobraźni scenicznej Burdelu domaga się ogromnej precyzji i autorskiego podejścia, jak każda estetyka, która igra z kiczem. Polityka, popkultura i telewizja karmi nas ckliwością, sentymentalizmem, które przełamujemy wprowadzając do akcji adoptowaną ośmiorniczkę, transseksualnego ministra obrony narodowej czy lalkę martwego płodu. W epoce populizmu i postprawdy wszyscy powinniśmy mieć równe prawo do kiczu i przesady. Inaczej będziemy żyć w bezradnej wobec popkultury bańce kultury wysokiej.

Którą należy przebić?

Żyjemy w społeczeństwie cyfrowym, które komunikuje się coraz agresywniej. Interesuje mnie takie przetworzenie tej agresji, żeby poprzez przerysowanie, muzyczność, estetykę queer rozładować napięcie, pokazać ją w ludzkim wymiarze namiętności, niezaspokojenia, śmieszności i klaunady. Pozytywny aspekt karnawału wolności po 1989 roku nie został wykorzystany w popkulturze, teraz obserwujemy nagromadzenie nie rozładowanych negatywnych emocji, które szukają swojego „święta”.

A dokąd  Pan teraz zmierza ?

Szukam balansu między moimi indywidualnymi pomysłami a dowodzeniem grupie teatralnej. Po prawie 6 latach rozumiemy się z aktorami doskonale ale z drugiej strony każda osobowość szuka indywidualnego języka i stylu. Nie można reprezentować grupy jeśli nie ma się dobrego kontaktu ze sobą – chciałbym wziąć oddech od gazetowego nasłuchiwania teraźniejszości i zobaczyć Warszawę oczami Tadeusza Konwickiego, który będzie inspiracją dla wakacyjnego spektaklu w Teatrze Studio. Wcześniej w Teatrze Syrena wyreżyseruję napisany przez Maxa Łubieńskiego musical o Józefie Bemie. Chcemy zaproponować widzom serię spektakli biograficznych w ramach cyklu 100 wskrzeszeń na stulecie Polski.

A tych widzów jest całkiem dużo?

Mamy wciąż nowych widzów i wiernych fanów, którzy śledzą kolejne odsłony i towarzyszą zmianom konwencji spektakli, czego przykładem są właśnie „Duchy”. Czujemy, że widz teatralny chce się rozwijać, chce z nami iść dalej, jest gotowy na nowy pomysły i bardzo nam kibicuje. W DNA Pożaru w burdelu wpisana jest zmiana, ryzyko, ciągła wędrówka, poszukiwanie.

W Duchach napięć jest mniej, za to więcej jest konkretnych ludzkich historii.

Zamiast współczesnych postaci zgromadziłem na scenie elitę dwudziestolecia międzywojennego z Piłsudskim i Dmowskim na czele. W konstruowaniu scenariusza pomógł mi Michał Kmiecik, który wniósł do pracy świeżość i energię, potrzebną by ożywić postaci nietuzinkowe i skomplikowane. Połączenie offowego żywiołu „Pożaru w burdelu” z solidną dokumentacją biograficzną daje ciekawy efekt nowoczesnego teatru muzycznego, który zawsze nas kręcił. Historia opowiedziana przez musical, taniec, piosenki – znakomicie rozładowuje napięcie związane z najbardziej traumatyczną przeszłością zwłaszcza w 100-lecie niepodległości. Mamy ambicje by wskrzesić 100 różnych historii, losów ludzkich, polskich bohaterów, antybohaterów, patriotów, antypatriotów, renegatów i wyklętych w ramach programu 100 wskrzeszeń na stulecie Polski.

Duchy to swoisty koktajl postaci, widzimy m.in.Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Arnolda Szyfmana nota bene założyciela Teatru Polskiego, Józefa Piłsudskiego, Witkacego i długo by wymieniać. Chyba trzeba być dobrze wygimnastykowanym intelektualnie, by stworzyć tak barwną historię.

„Duchy” to zalążek wielkiego musicalu o polskim spirytyzmie, być może w przyszłości uda mi się jeszcze do niego wrócić, bo to naprawdę ciekawy i inspirujący temat. Dużo zawdzięczam aktorom, którzy z międzywojennych postaci stworzyli soczyste, pełnokrwiste indywidualności i wspaniałej wyobraźni scenograficznej i kostiumowej Oli Wasilkowskiej.

Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Zaczynaliście grać w różnych miejscach, była Chłodna, Teatr Warsawy, teraz  Teatr Polski. Każde miejsce wymusza na was inny rodzaj energii?

Nie mamy stałej siedziby a każde miejsce w którym tworzymy ma swoją specyfikę. W Teatrze Polskim robimy spektakl po raz czwarty i bardzo cieszymy się z tego, że możemy wykorzystać możliwości techniczne dużej sceny i magię teatralną stworzoną przez założyciela teatru – Arnolda Szyfmana.

Czyli nie musiał Pan długo prosić pana Andrzeja Seweryna o gościnę?

Andrzej Seweryn zobaczył nasze pierwsze spektakle na Chłodnej i od razu zaproponował nam współpracę. To wspaniały artysta, aktor i dyrektor obdarzony świetną intuicją. Praca w Teatrze Polskim to zawsze wielka przygoda i otwarcie wyobraźni.

Otwórzcie wyobraźnię, to słowa które często pojawiają się podczas Pana pracy z aktorami?

Każdy spektakl jest podróżą w nieznane. Budzi lęki, wątpliowści, ale to dobrze, bo czujemy, że coś przekraczamy. Wyobraźnia aktorów wnosi dużo do spektaklu, często przekraczając ramy scenariusza.

Czy czuje Pan odpowiedzialność za swoje spektakle?

Im dłużej się zajmuję teatrem tym większą odpowiedzialność odczuwam, co może  w pewien sposób krępować wyobraźnię. Gdy zaczynaliśmy grać, więcej było zabawy niż przemyślanego komunikatu. W tej chwili po „Duchach” i „Fabryce Patriotów” wiem, że łatwość posługiwania się słowem, piosenką, skojarzeniem – zobowiązuje do pełnej świadomości.  Pracujemy w warunkach ryzyka, prowokujemy, przekraczamy granice tabu i ważne by każdy z nas miał świadomość, w co wchodzimy i jakie mogą być tego konsekwencje. Czasem wolałbym wrócić do czasów beztroski i grania dla znajomych, którzy wszystko wybaczą, ale otwieranie się na nowe obszary rozbudowuje również odpowiedzialność i uczy. Żyjemy w czasach gdy słowa mogą być balsamem, ale mogą być też bronią.

A myślał Pan, że to spojrzenie na świat tak bardzo się spodoba różnym środowiskom, że posypią się nagrody, uznanie, splendor?

Uznanie ludzi pomaga w regeneracji i zebraniu sił do dalszej walki. Żyjemy w czasach chaotycznej, szybkiej komunikacji. Trzeba wykuwać własny język i wsłuchiwać się w intuicję. To wyczerpujące, ale i fascynujące – wieczna nauka, porażki, sukcesy, oparzenia, wnioski – ten cykl nigdy się nie kończy. „Pożar w burdelu” ma w nazwie zmienność, żar i nieobliczalność. Uwalniamy to co drzemie  głęboko w każdym z nas, zaglądamy w kulisy, podglądamy bezwstydnie rzeczywistość, odkrywamy jej piękno, śmieszność, ale także niepokój, brzydotę, zło.

Zabrzmiało groźnie. Jak sobie radzić z niepokojem?

Cierpliwie pracować nad swoją ideą i ubierać ją w formę, ucząc się od najlepszych. Rozwój pomimo różnych presji jest fascynujący ale czasem warto złapać dystans i poszukać inspiracji poza bieżącym medialnym pożarem.

no coments
Jowita Budnik jako SUPERMENKA
Styczeń 9, 2018|TEATR

Jowita Budnik jako SUPERMENKA

Po 21.latach  Jowita Budnik wraca do teatru. W spektaklu Supermenka w reż. Jerzego Gudejki zabiera nas w emocjonalną podróż do swego wnętrza. Utrata pracy, brak miłości, pieniędzy czy może wydarzyć się coś jeszcze gorszego? A może wszystkie te zbiegi okoliczności czemuś służą? Jak poradzić sobie ze sobą i z rzeczywistością? Gdzie szukać ukojenia? Po obejrzeniu spektaklu pojawia się mnóstwo pytań, które warto sobie zadać samemu. Supermenka – kobieta do zadań specjalnych, tych życiowych polecam wszystkim, nie tylko kobietom.

no coments
5 / 57
1 2 3 4 12
Najnowsze wpisy
Najnowsze komentarze
    Kategorie